z czerwonymi sznurowadłami a na wysokich obcasach.
A za nimi ciągnęły się rymarze z chomątami na kołkach i uprzężą rozwieszoną.
A potem powroźnicy i ci, co sieci sprzedawali.
I ci, co z sitami po świecie jeździli.
I ci, co z kaszą po jarmarkach się wodzili.
A kołodzieje, a garbarze.
Gdzie znowu krawce i kożuszarze rozwiesili swoje towary, od których bił taki zapach aże
w nozdrzach wierciło; te miały odbyt niezgorszy, że to na zimę szło.
A potem całe rzędy stołów, nakrytych płóciennymi daszkami, a na nich zwoje kiełbas
czerwonych i grubych kiej liny, wały żółtego sadła, boczki wędzone, połcie słoniny, szynki -.
spiętrzały się na kupach, a gdzie znów na hakach wisiały całe wieprzki wypaproszone i broczące
jeszcze posoką, że trza było odganiać piesków, co się cisnęły.
A w podle rzeźników, jako te braty rodzone, stali piekarze i na podesłanej grubo słomie,
na wozach, na stołach, w koszach i gdzie się dało, leżały góry bochnów wielkich jak koła,
placków żółtych, bułek, kukiełek...
Gdzie zaś i kto przeliczy, i spamięta te wszystkie kramy i to, co w nich sprzedawali?...
Były z zabawkami i takie z piernikami, gdzie z ciasta lepione były zwierze różne, a serca,
a żołnierze i cudaki takie, że i nie rozeznać bele komu; były takie, gdzie kalendarze, gdzie
książki nabożne, gdzie historie o zbójach i srogich Magielonach przedawali i lementarze też;
były i takie, gdzie piszczałki, organki i gliniane kuraski, i jensze muzyckie rzeczy, w które
juchy żółtki la zachęty grali, że taki jazgot się czynił, że i wytrzymać trudno było bo ci tu kurasek
piszczy, tam trąbka potrębuje, gdzie z piszczałek przebieraną nutę wyciągają, tam ci
znowu skrzypki piskają, a ówdzie bęben pobekuje stękający - jaże we łbie łupało od wrzasku.
Zaś w pośrodku rynku dookoła drzew rozciągali się bednarze, blacharze i garncarze, porozstawiali
tyle misek i garnków, że ledwie przejść można było, a za nimi stolarze; łóżka i
skrzynie malowane, i szafy, i półki, i stoły aże grały tymi farbami, że oczy trza było mrużyć...
A wszędy, na wozach, pod ścianami, wzdłuż rynsztoków, gdzie ino miejsca było, rozsiadły
się kobiety sprzedające; która cebule we wiankach albo i we workach;
która z płótnami swojej roboty i wełniakami; która z jajkami a serkami, a grzybami, a
masłem w osełkach, poobwijanych w szmatki; inna znów zasię ziemniaki, to gąsków parę, to
wypierzoną kurę, to len pięknie wyczesany, albo i motki przędzy miała; a każda siedziała
przy swoim i poredzały se godnie, jak to zwyczajnie na jarmarkach bywa, a trafił się kupiec,
to sprzedawały wolno, spokojnie, bez gorącości, po gospodarsku, nie tak, jako te Żydy, co
wykrzykują, handryczą i ciskają się kiej głupie.
Gdzieniegdzie zaś pomiędzy wozami i kramami kurzyło się z blaszanych kominków -
tam sprzedawali gorącą herbatę - a insze jadło, jako to: kiełbasę prażoną, kapustę, barszcz z
ziemniakami też mieli.
I dziadów zlazło się ze wszystkich stron co niemiara: ślepych, kulawych, niemych i zgoła
bez rąk i nóg, tyla jak na odpuście jakim. Wygrywali na skrzypicach pieśnie pobożne, drugie
śpiewali pobrzękując w miseczki, a wszystkie spod wozów, spod ścian i prosto z błocka żebrali
lękliwie i wypraszali sobie ten grosik jakiś abo jensze wspomożenie.
Przejrzał to wszystko Boryna, podziwował się nad niejednym, pogwarzył coś niecoś ze
znajomkami i dopchał się wreszcie na targowisko świńskie, za klasztor, na ogromny piaszczysty
plac, z rzadka ino obsadzony domami, gdzie pod samym murem klasztoru, zza którego
wychylały się ogromne dęby, pełne jeszcze żółtych liści, kupiło się dosyć ludzi, wozów i leżały
całe zagony świń spędzonych na sprzedaż.