- A dobrze! Święto się już skończyło, trza się będzie brać do roboty! Mój Boże, anim się
spodział, co mi tak rychło przyjdzie ojcowizna!
Westchnął i poszedł za nią; powiodła go najpierwej do stajni, kaj parskały trzy konie, a w
zagrodzie kręcił się źrebak; potem do pustej obory, zaś jeszcze potem do stodoły do tegorocznego
siana; zaglądał nawet do chlewów i pod szopę, gdzie stały różne narzędzia i porządki.
- Bryczkę trza będzie przetoczyć na klepisko, bo się do cna rozeschnie.
- A bo to raz przykazywałam Pietrkowi? Cóż, kiej me nie słuchał.
Zaczęła zwoływać prosięta i drób, sielnie się przechwalając dużym przychowkiem, a kiej
i to obejrzał, rozpowiedała szeroko o polnych robotach, gdzie co posiane i wiela każdego z
osobna, pilnie przy tym naglądając mu w oczy i wyczekująco, ale on sobie wszyćko poukładał
w głowie po porządku, przepytując jeno o to i owo, a dopiero w końcu rzekł:
- Jaże uwierzyć trudno, żeś to wszystkiemu sama uredziła!
- La ciebie to bym i więcej zmogła - szepnęła gorąco, strasznie rada z pochwały.
- Chwat z ciebie, Hanuś, chwat! anim się spodział, coś taka.
- Było potrza, to juści, co człowiek kulasów nie pożałował.
Obejrzał nawet sad, pełen wiśni już przez pół czerwonych, i grzędy, kaj rosły cebule,
pietruszka i kapuściane wysadki.
Wracali już z powrotem, gdy przechodząc kole ojcowej strony zajrzał do środka przez
wywarte okno.
- A kajże to Jagna? - latał zdumionymi oczami po pustej izbie.
- A kaj! u matki! Wygnałam ją! - rzekła twardo, podnosząc na niego oczy.
Ściągnął brwie, przedeliberował czas jakiś i zapalając papierosa rzucił spokojnie, jakby
od niechcenia:
- Dominikowa zły pies, nie przepuści nam bez precesu.
- Już pono wczoraj latały ze skargą do sądu.
- Od skargi do wyroku droga szeroka. Ale trza to będzie wziąć dobrze na rozum, bych
nam nie wystroiła jakiego figla.
Opowiadała, z czego to wszystko poszło i jak się stało, wiele juści pomijając, nie przerywał
ni pytał, brwie jeno marszcząc i łyskając oczami, dopiero kiej mu zapis podała, ośmiał się
kąśliwie:
- Tyle wart, co możesz z nim bieżyć za ścianę.
- A juści, przeciek to ten sam, co go jej dali ociec.
- I stoi właśnie złamany patyk! Jakby się odpisała u rejenta, to by co znaczyło. La śmiechu
go rzuciła!
Cisnął ramionami, zabrał Pietrusia na ręce i ruszył do przełazu.
- Obaczę pola i wrócę! - rzucił za siebie, iż ostała, chociaż dziwnie pragnęła z nim poleźć,
on zaś mijając bróg, już odnowiony i pełen siana, przyglądał mu się spod oka.
- Mateusz go wyporządził. Samej słomy na dach wykręcili ze trzy kopy - wołała za nim
stojąc na przełazie.
- A dobrze, dobrze - mruknął, nie był ta ciekaw bele czego. Przeszedł ziemniakami i puścił
się miedzą.
Latoś na polach z tej strony wsi były prawie same oziminy i bez to niewiela ludzi spotykał
po drodze, a z kim się zszedł, tego witał krótko i prędko przechodził. Zwalniał jednak coraz
bardziej, gdyż Pietruś mu ciążył i jakoś dziwnie rozbierało go nagrzane, ciche powietrze.
Przystawał, to siadał, nie przestając oglądać prawie każdego zagona z osobna.
- Ho, ho! żółtocha dusi len! - wykrzyknął stając przy zagonach niebieskich od kwiatów,
ale gęsto poprzerabianych żółciznami - kupiła siemię zapaskudzone i nie przewiała!