- Niech woła, a juści, może jeszczek statki mył będę!
- Głuchyś czy co? - wrzasnęła wybiegając przed dom.
- W piecu palił nie będę, nie do tegom się godził! - odkrzyknął.
Wywarła na niego gębę po swojemu.
Ale parob bardzo hardo odszczekiwał, ani myśląc posłuchać, a kiej go jakimś słowem barzej
dojena, wraził widły w gnój i zawołał ze złością:
- Nie z Jagusią macie sprawę, nie wygonicie me krzykiem.
- Obaczysz, co ci zrobię! Popamiętasz! - groziła dotknięta do żywego i już rozeźlona tak
zwijała się kole chleba, jaże tuman mąki zapełnił izbę i buchał przez okna. Mamrotała jeno na
zuchwalca wynosząc chleby w ganek, to dorzucając drewek do pieca albo i wyzierając za
dziećmi. Strudzona już była z pracy i spieki, bo w izbie gorąc jaże dusił, a w sieniach, kaj się
buzowało w szabaśniku, też ledwie odzipnął, że przy tym i muchy, od których roiły się ściany,
brzęczały nieustannie i cięły wielce dokuczliwie, to prawie z płaczem oganiała się gałęzią
i tak już była spocona i rozdrażniona, że robiła coraz wolniej i niecierpliwiej.
Właśnie ostatni nabier ciasta wygniatała, gdy Pietrek wyjechał z podwórza.
- Poczekaj, dam ci podwieczorek!
- Prrr! A zjem, niezgorzej już mi kruczy w brzuchu po obiedzie.
- Mało to ci było?
- I... płone jadło, to przelatuje przez żywot kiej bez sito.
- Płone! widzisz go! Cóż to, mięso będę ci dawała? Sama po kątach też nie chlam kiełbasy.
Drugie na przednówku i tego nie mają. Obacz no, jak to żyją komornicy.
Postawiła w ganku dzieżkę zsiadłego mleka i bochen.
Przysiadł łakomie do jadła i z wolna się nadziewał podrzucając niekiej glonki chleba
boćkowi, któren przygrajdał się ze sadu i warował przy nim kiej pies.
- Chude, sama serwatka - mruczał podjadłszy już nieco.
- A może byś chciał samej śmietany, poczekaj.
Zaś kiej się nałożył do syta i brał za lejce, dorzuciła uszczypliwie:
- Zgódź się do Jagusi, ona ci tłuściej będzie dawała. - Pewnie, bo póki tu ona była gospodynią,
nikto głodem nie przymierał - zaciął konie batem, wóz wsparł ramieniem i ruszył.
Utrafił ją w słabiznę, ale nim się zebrała odpowiedzieć, odjechał.
Jaskółki zaświegotały pod strzechą i stado gołębi opadło z gruchaniem na ganek, a kiej je
spędzała, doszedł ją ze sadu jakiś kwik, zlękła się, że świnie pyszczą po cebuli, ale na szczęście
to jeno sąsiedzka maciora ryła się pod płot.
- Wsadź jeno ryj, a spyszcz, to już ja cię przyrychtuję.
A ledwie wzięła się znowu do roboty, kiej bociek hycnął na ganek, przyczaił się ździebko
i popatrzywszy to jednym, to drugim okiem, jął kuć w bochny łykając ciasto wielkimi kawałami.
Wypadła na niego z wrzaskiem.
Uciekał z wyciągniętym dziobem robiąc gwałtownie gardzielem, a kiej go już doganiała,
bych zdzielić drewnem, poderwał się i frunął na stodołę i długo tam stojał klekocąc a wycierając
dziób o kalenicę.
- Czekaj, złodzieju, jeszcze ja ci kulasy poprzetrącam - groziła obtaczając na nowo podziurawione
bochenki.
Przyleciała Józka, więc na niej wszystko się skrupiło.
- Kaj się to nosisz? Cięgiem ganiasz jak kot z pęcherzem! Powiem Antkowi, jakaś to robotna!
Wygarniaj z pieca, a żywo!
- Byłam jeno u Płoszkowej Kasi. Wszystkie w polu, a chudzinie nawet wody nie ma kto