Rychło odnalazł Hankę z Józką, bo zaraz z kraja były.
- Sprzedajeta, co?
- Hale, już tu targowali rzeźnicy maciorę, ale mało dają...
- Świnie drogie?
- Bogać tam drogie, spędzili tyla, że nie wiada, kto ci to rozkupi.
- Są ludzie z Lipiec?
- O, hań tam mają prosięta Kłęby, a i Szymek Dominików stoi przy wieprzku.
- Uwińta się rychło, to se ździebko popatrzycie na jarmark.
- Już też i ckno tak siedzieć.
- Wiele dają za maciorę?
- Trzydzieści papierków, powiadają, że niedopasiona, bo ino w gnatach gruba, a nie w
słoninie.
- Ocyganiają, jak ino mogą... ale, ma ci słoninę na jakie cztery palce... - rzekł, omacawszy
maciorze grzbiet i boki. - Wieprzak chudy na bokach, ale portki ma niezgorsze na szynki -
dodał spędziwszy go z mokrego piasku, w którym do pół boków leżał zanurzony.
- Za trzydzieści pięć sprzedajcie, zajrze do Antka ino i zaraz do was przylece. Jeść wam
się nie chce?...
- Pojadłyśmy już chleba.
- Kupię wam i kiełbasy, ino sprzedajcie, a dobrze. Tatulu, a nie zabaczcie o chustce, coście
to jeszcze na zwiesne obiecali...
Boryna sięgnął za pazuchę, ale się wstrzymał, jakby go coś tknęło, bo tylko machnął ręką
i rzekł odchodząc:
- Kupię ci, Józia, kupię... - i aż w dyrdy ruszył, bo dojrzał twarz Jagny między wozami,
ale nim doszedł, sczezła gdzieś do cna, jakby się w ziemię zapadła; jął więc odszukiwać Antka;
niełacno to było, bo w tej uliczce, prowadzącej z targowiska na rynek, stał wóz przy wozie,
i to w rzędów parę, że środkiem i z trudem niemałym a baczeniem można było przejechać,
ale wnet się na niego natknął. Antek siedział na workach i smagał batem żydowskie
kury, co się stadami uwijały koło kobiałek, z których jadły konie, a półgębkiem odpowiadał
kupcom:
- Powiedziałem siedem, to powiedziałem.
- Sześć i pół daję, więcej nie można, pszenica ze śniedzią.
- Jak ci, parchu, lunę przez ten pysk paskudny, to ci wnet ześniedzieje... Ale, pszenica
czysta jak złoto.
- Może być, ale wilgotna... Kupię na miarę i po sześć rubli i pięć złotych.
- Kupisz na wagę i po siedem, rzekłem!
- Co się gospodarz gniewa! Kupię nie kupię, a potargować można.
- A targuj się, kiej ci pyska nie szkoda. - I nie zwracał już uwagi na Żydów, którzy rozwiązywali
worki po kolei i oglądali pszenicę.
- Antek, pójde ino do pisarza i w to oczymgnienie przyjde do cie...
- Co? Na dwór skargę podajecie?
- A bez kogo to padła moja graniasta?
- Dużo to wskóracie!
- Swojego darować nie daruję.
- I... borowego przyprzeć gdzie w boru do chojaka, sprać czym twardym, żeby mu aż żebra
zapiszczały- zaraz byłaby sprawiedliwość.
- Borowy? Juści, że mu się to należy, ale dworowi też - rzekł twardo.
- Dajcie mi złotówkę.