- Na co ci?
- Gorzałki bym się napił i przegryzł co...
- Nie masz to swoich?... Cięgiem ino w ojcową garść uważasz.
Antek odwrócił się gwałtownie i jął pogwizdywać ze złości, a stary, chociaż z żalem i
markotnością, wysupłał złotówkę i dał.
- Żyw wszystkich swoją krwawicą... - myślał i spiesznie się przeciskał do ogromnego, narożnego
szynku, gdzie było już sporo ludzi pożywiających się; w alkierzu od podwórza
mieszkał pisarz.
Właśnie siedział pod oknem przy stole z cygarem w zębach, w koszuli był tylko, nie
umyty i rozczochrany; jakaś kobieta spała na sienniku w kącie, przykryta paltem. - Siadajcie,
panie gospodarzu! - zrzucił ze stołka obłocone ubranie i podsunął Borynie, któren zaraz opowiedział
dokumentnie całą sprawę.
- Wasza wygrana, jak amen w pacierzu. Jeszcze by! Krowa zdechła i chłopak choruje z
przestrachu. Dobra nasza! - zatarł ręce i szukał papieru na stole.
- Hale... kiej zdrowy chłopak.
- Nic nie szkodzi, mógł zachorować. Bił go przecież...
- Nie, bił ino chłopaka sąsiadów.
- Szkoda, to by było jeszcze lepsze. Ale to się jakoś zesztukuje, tak że będzie i choroba z
pobicia, i zdechła krowa. Niech dwór płaci.
- Juści, o nic nie idzie, ino o sprawiedliwość.
- Zaraz się napisze skargę. Frania, a rusz no się, wałkoniu! - krzyknął i tak mocno kopnął
leżącą, że podniosła rozczochraną głowę. - Przynieś no gorzałki i co zjeść...
- Ani dydka nie mam, a wiesz, Guciu, że nie zborgują.... - mruczała i podniósłszy się z
barłogu, jęła ziewać i przeciągać się; wielka była jak piec, twarz miała ogromną, obrzękłą,
posiniaczoną i przepitą, a głos cienki, jakby dzieciątka.
Pisarz pracował, aż pióro skrzypiało, pociągał cygara, puszczał dym na Borynę, który
przypatrywał się pisaniu, zacierał chude, piegowate ręce i raz w raz odwracał wynędzniałą,
okroszczoną twarz na Frankę; zęby przednie miał przyłamane, usta sine i wielkie czarne wąsy.
Napisał skargę, wziął za nią rubla, wziął na marki drugiego i ugodził się na trzy za stawanie
w sądzie, jak sprawa przyjdzie na stół.
Boryna się na wszystko zgodził skwapliwie, choć mu ta pieniędzy było żal, bo miarkował,
że dwór mu wszystko zapłaci, i z nawiązką.
- Sprawiedliwość musi być na świecie, to sprawa wygrana! - rzekł na odchodnym.
- Nie wygramy w gminnym, to pójdziemy do zjazdu, zjazd nie poradzi, pójdziemy do
okręgowego, do izby sądowej - a nie darujemy.
- Zaśbym tam darował swoje! - zawołał z zawziętością Boryna. - I komu jeszcze, dworowi,
co ma tyle lasów i ziemi!... - rozmyślał wychodząc na rynek i zaraz jakoś przy czapnikach
natknął się na Jagnę.
Stała w czapce granatowej na głowie, a drugą jeszcze targowała.
- Obaczcie no, Macieju, bo ten żółtek powiada, że dobra, a pewnikiem cygani...
- Galanta, la Jędrzycha? - Juści, Szymkowi już kupiłam.
- Nie za mała to będzie?
- Takusińką ma ci głowę kiej moja...
- Piękny z ciebie byłby parobeczek...
- Abo i nie! - zawołała zuchowato, bakierując nieco czapkę...
- Wnetki by cię tu godziły do siebie...