Zatargała się gwałtownie, ktosik ją objął znienacka i przyciskał.
- Nie ucieczesz mi teraz - szeptał namiętnie wójt.
Wyrwała mu się z pazurów rozzłoszczona.
- Jeszczek raz me tkniecie, to wam ślepie wydrapię i takiego narobię piekła, jaże się cała
wieś zleci.
- Cichoj, Jaguś, dyć gościńca ci przywiozłem - i wtykał jej w ręce korale.
- Wsadźcie je sobie gdzieś, stoję o wasze podarunki co o ten patyk złamany!
- Jagusiu, co ty wyrabiasz, co - jąkał zdumiony.
- A to, żeście świńtuch i tyla! I ani ważcie się mnie czepiać.
Odbiegła go rozsrożona i kiej burza wpadła do chałupy, matka obierała ziemniaki, a Jędrzych
doił krowy w opłotkach, zabrała się więc żwawo do wieczornych obrządków, ale trzęsła
się ze złości i nie mogąc się uspokoić, skoro się jeno ściemniało, zebrała się znowu bieżyć.
- Zajrzę do organistów - powiedziała matce.
Często tam teraz chodziła, wysługując się im na różne sposoby, aby choć niekiedy posłyszeć
jakie słowa o Jasiu.
Leciała też spragniona o nim wieści, a z jakąś cichą nadzieją usłyszenia dzisiaj czegoś
nowego.
I pokrótce zajarzyły się w mrokach oświetlone okna Jasiowego pokoju, kaj teraz Michał
pisał cosik pod wiszącą lampą, zaś organisty siedziały przed domem na chłodzie.
- Jasio przyjeżdża jutro po południu! - przywitała ją organiścina nowiną, od której dziw
trupem nie padła, nogi się pod nią ugięły, serce zakotłowało aż do utraty tchu, cała stanęła w
ogniach i dygocie, że posiedziawszy la nieznaki jakąś chwilę, uciekła jakby goniona, aż kajś
na topolową, pod las...
- Jezus mój kochany! - buchnęła dziękczynnie, wyciągając ręce, łzy pociekły jej z oczów
i tak się w niej rozśpiewała radość, że chciało się jej śmiać i krzyczeć, i kajś lecieć, i całować
te drzewa, i tulić się do tych pól pośpionych w księżycowej poświacie.
- Jasio przyjeżdża, przyjeżdża - szeptała niekiedy, porywając się nagle jak ptak i leciała,
porwana wszystką mocą oczekiwań i tęsknic, jakoby naprzeciw doli swojej i nieopowiedzianemu
szczęściu.
Był już późny wieczór, kiej się znalazła z powrotem, w oknach było już ciemno, świeciło
się tylko u Borynów, kaj się zebrało sporo narodu, i poszła do domu czekać tego jutra i śnić o
Jasiowym powrocie.
Ale na darmo się przewracała z boku na bok, więc skoro matka zachrapała, podniesła się
cichuśko i przyokrywszy się w zapaskę siadła pod domem czekać snu albo świtania.
W chałupie Borynów, za stawem, świeciło się jeszcze po jednej stronie i niekiedy szły
stamtąd ściszone odgłosy rozmów.
Wpatrzyła się zrazu w drżące na wodzie odblaski światła i zapomniała o wszystkim grążąc
się w mgławych i rozmigotanych dumaniach, co ją oprzędły kiej pajęczyny i wraz poniesły
w jakiś cichy podwieczór, sczerwieniony od zórz, we wszystek świat nieukojonej tęsknicy.
Księżyc już był zaszedł, płowy mrok obtulał pola, gwiazdy świeciły wysoko i niekiej
spadała któraś z taką chyżością i tak gdzieś strasznie daleko, jaże dech w piersiach zapierało i
mróz przechodził kości; niekiedy nagrzany leciuśki powiew muskał pieściwie kieby te umiłowane
ręce, a czasem z pól podnosił się upalny, rozpachniony wzdych i przejmował serce,
jaże się prężyła rozwierając ramiona. To siedziała w dumaniu jeno wszystka i w czuciu niewypowiedzianej
słodkości, jak pęd, któren się pręży i wzbiera w sobie... a noc stąpała przez