- Ha! ha! sławno, a to się nam udała szutka! - i trzymając się za boki, niby to od śmiechu,
zawrócił z powrotem, ale uszedłszy kilkanaście kroków pogroził mu pięścią i zgoła już inaczej
zawrzeszczał:
- My się jeszcze zobaczym, panie gospodarzu, i pogadamy.
- A niech cie ta przódzi zaraza spotka! - odkrzyknął na odlew. - Hale, strach go sparł, to
się żartem wykręca, pogadam i ja z tobą, niech no cię jeno kaj zdybię na osobności - mruczał
bacząc, póki mu z oczów nie zeszli.
- Tamten poszczuł na mnie, głupi, myślał, co me wezmą kiej psy zająca. To za mój opór,
juści, prawda mu nie w smak - rozmyślał i doszedłszy pod dworski ogród, kawał za wsią,
przysiadł w cieniu, abych odpocząć nieco, gdyż trząsł się jeszcze cały i spotniał kiej mysz.
Przez drewniane ogrodzenie widniał biały dwór, stojący w wyniosłym zagaju modrzewi,
powywierane okna czerniały kiej jamy, a na słupiastym ganku siedziało jakieś państwo i
snadź przy jadle, bo służba cięgiem się kręciła kole nich, szczękały statki, a niekiedy długi,
wesoły śmiech dochodził.
- Takim niezgorzej! Jedzą, piją i zarówno im wszystko - myślał dobierając się do chleba
ze serem, jaki mu była Hanka wetknęła w kieszeń.
Pojadał wodząc oczami po wielgachnych lipach brzeżących drogę i całych we kwiatach i
pszczelnym brzęku, słodki, sprażony w słońcu zapach przejmował go lubością; kajś ze sadzawki
zakwakała kaczka i rozchodziło się senne nukanie żab, z gąszczów trzęsły się cichuśkie
pogłoski stworzeń przeróżnych, a na polach muzyka koników podnosiła się raz po raz i
przycichała, ale po jakimś czasie jęło wszystko głuchnąć, jakby zalane słonecznym ukropem.
Świat oniemiał, a co jeno było żywe, przytaiło się w cieniach przed pożogą, że tylko jedne
jaskółki śmigały nieustannie.
Przypołudnie kipiało już takim warem, że oczy bolały od blasków i spieki, nawet cienie
parzyły, ostatnie kałuże wyschły, a do tego od zbóż prawie dojrzałych i ze spieczonych ugorów
pociągało niekiedy jakby z wywartego pieca.
Antek wytchnąwszy galancie ruszył raźno ku lasom niedalekim, ale skoro się wysunął z
cieniów na drogę zatopioną w słońcu, jaże go ciarki przeszły, i już szedł jakby przez wrzące,
białawe płomienie. Zewlókł kapotę, lecz i tak koszula mu przywierała do spotniałych boków
niby rozpalona blacha, zezuł i buciary, grzęznąc w piasku jakby w tym gorącym popiele.
Pokręcone brzezinki stojące kaj niekaj nie dawały jeszcze cienia, żyta chyliły nad drogą
ciężarne kłosy i poślepłe w żarach kwiaty zwisały pomdlałe.
Upalna cichość leżała w powietrzu, a nikaj nie dojrzał człowieka ni ptaka, ni żadnego
stworzenia i nikaj nie zadrgał listek ni trawka choćby najmarniejsza, jakby w oną godzinę
Południca zwaliła się na świat i wysysała spieczonymi wargami wszystką moc ze ziemi
omglałej.
Antek szedł coraz wolniej, rozmyślając o zebraniu, że raz w raz porywały go złoście, to
śmiech spierał, to przejmowało zniechęcenie.
- I poradź co z takiemi! Bele strażnika się ulękną... jakby im przykazali posłuchać naczelnikowego
buta, to by go i słuchali. Barany, juchy, barany! - myślał z politowaniem i zło-
ścią. - Prawda, że każdemu źle, każden wije się kieby nadeptany piskorz i każden ledwie już z
biedy zipie, to gdzie im się ta kłopotać o takie sprawy. Naród ciemny i zabiedzony, to nawet i
nie miarkuje, co mu potrza - zafrasował się wielce za wszystkich i serdecznie zatroskał.
- Człowiek to jak świnia, niełacno mu ryja unieść do słońca.
Głowił się i wzdychał, a tyla mu jeno przyszło z tych rozważań i turbacji, że poczuł, jako
i jemu jest źle, a może nawet gorzej niźli drugim.