Wypili raz i drugi, ale w milczeniu, bo obaj dość złości mieli do się na wątpiach.
- Kiej na pogrzebie pijeta! - ozwał się Jambroży, zły juści, że go to nie poprosili, bo od
rana jakby nic w gębie nie miał.
- Jakże gadać? Ociec tyla dzisiaj sprzedaje, to muszą uważać, komu pieniądze na procenta
dać...
- Macieju! Mówię wam, Macieju, że Pan Jezus..
- Komu Maciej, to Maciej, a tobie wara! Widzisz go, juchę. Za pan brat świnia z pastuchą.
- Ozeźlił się srodze.
A kowal, że to już po dwóch mocnych, nabrał rezonu i rzekł cicho:
- Ociec, powiedzcie to słowo: dacie czy nie?
- Powiedziałem: do grobu ze sobą nie zabierę, a przódzi ni morga nie popuszczę. Na wycug
do waju nie pójdę... jeszcze mi miły ten rok abo i dwa na świecie
- To spłatę dajcie.
- Rzekłem, słyszałeś?
- Za trzecią kobietą się oglądają, to co im ta znaczą dzieci - szepnął Jambroży.
- A bo i pewnie.
- Spodoba mi się, to się i ożenię. Zabronisz?
- Zabronić nie zabronię, ale...
- Jak mi się spodoba, to z wódką poślę choćby jutro.
- Ślijcie, a bo ja to wam przeciwny! Dajcie mi chociaż tego ciołka, co wam ostał po graniastej,
to i sam pomogę. Rozum wy swój macie, to miarkujecie, z czym wam najlepiej. Nie
raz i nie dwa przekładałem żonie, co wam ano kobiety potrzeba, żeby upadku w gospodarstwie
nie było...
- Mówiłeś to tak, Michał?..
- Żebym tak spowiedzi świętej nie doczekał. Mówiłem.
Całej wsi przecież redzę, jak komu potrzeba, a nie wiedziałbym, co wam potrzeba!
- Cyganisz ty, jucho, aż się kurzy, ale jutro przyjdź, ciołka dostaniesz, bo jak prosisz -
dam; a prawować się zechcesz ze mną - to ten patyk złamany weźmiesz albo i co gorsza.
Napili się jeszcze, kowal już postawił i przyzwał jeszcze do kompanii Jambroża, któren
ochotnie się przysiadł i jął gadki ucieszne opowiadać, a przekpiwać się, że raz w raz śmiechem
wybuchali.
Niedługo cieszyli się ze sobą bo każdemu pilno było iść do swoich, a i do spraw różnych;
rozeszli się w zgodzie, ale jeden drugiemu nie uwierzył ani tyla, co za paznokciem - znali się
dobrze jak te łyse konie i przezierali na wskroś, kieby przez szyby.
Jambroży tylko ostał, poczekiwał na kumów abo i znajomków, żeby mu kto postawił
jeszcze jaką półkwaterkę,
bo dobra i psu mucha, póki kto całego gnata nie rzuci, a napić się lubiał niezgorzej i samemu
stawiać sobie było trudno, a nie dziwota, kościelnym był ino.
I jarmark dobiegał już końca.
W samo południe zaświeciło słońce, ale tylko tyla, coby kto lustrem mignął po świecie, i
zaraz się schowało za chmury; a już przed wieczorem sposępniało na świecie, chmurzyska
wlekły się nisko, że prawie na dachach leżały, i drobny deszcz jął siać kiej przez gęste sito.
To i rozjeżdżali się prędzej, każdy spieszył do domu, żeby się dostać przed nocą i większą
pluchą.
I handlerze rychlej zdejmowali kramy i pakowali się na wozy, że to deszcz zacinał coraz
gęstszy i zimniejszy.
Mrok zapadał prędko ciężki i mokry.