przysłonił mu oczy i serce dręczył, że naraz się zerwał i zaczął krzyczeć jakby do wszystkiego
świata:
- Nieprawda! nieprawda! nieprawda!
Ale przy kolacji uparcie patrzył w talerz, unikając matczynych oczów, i chociaż mówiono
o śmierci Jagaty, nie wtrącał się do rozmowy, a jeno cięgiem matyjasił, przebierał w jadle,
sprzeciwiał się siostrom wyrzekał na gorąc w izbie i skoro tylko sprzątnęli miski, poniósł się
na plebanię - proboszcz siedział se na ganku z fają w zębach i cosik pilnie pogadywał z Jambrożem,
obszedł ich z dala i spacerując kajś pod drzewinami frasobliwie medytował.
- A może to i prawda! Mama by sobie tego nie stworzyła.
Z okien plebanii lały się smugi światła na klomb, gdzie baraszkowały pieski warcząc na
się przyjacielsko, a z ganku roznosił się grubachny głos.
- A jęczmień na Świńskim Dołku obejrzałeś?
- Słoma jeszcze ździebko zielona, ale ziarno już kiej pieprz.
- Trza by ci jutro przewietrzyć ornaty, na nic spleśnieją. Komżę i alby zanieś Dominikowej,
niech Jagusia upierze. Ale kto to był po południu z krową?
- Któryś z Modlicy. Młynarz spotkał go na moście i próbował przeciągnąć do swojego
byka, obiecywał go nawet dopuścić za darmo, ale chłop wolał naszego...
- Ma rozum, za rubla będzie miał profit na całe życie, przynajmniej krów się dochowa.
Nie wiesz, Kłęby wyprawią to pogrzeb Jagacie?
- Przeciek ostawiła na pochowek całe dziesięć złotych.
- Pochowa się ją z paradą jak gospodynię. A powiedz tam brackim, że wosku im sprzedam,
niech sobie tylko dokupią blichowanego. Jutro Michał obrządzi w kościele, a ty idź z
ludźmi do żniwa i poganiaj, barometr jakiś niepewny, może być burza! Kiedyż to się zbiera
kompania do Częstochowy?
- Wotywę zamówiły na czwartek, to juści, zaraz po mszy ruszą...
Jasia drażniła nieco ta rozmowa, odszedł dalej aż pod niski pleciony płot, dzielący sad od
pasieki, na wąską, zarosłą dróżkę i spacerował trącając niekiedy głową w obwisłe, ciężkie od
jabłek gałęzie.
Wieczór był nagrzany i duszny, pachniał miód, i żyto skoszone kajś za ogrodami, powietrze
było ciężkie, przejęte spieką, bielone pnie majaczyły. w mrokach niby gzła porozwieszane
do przeschnięcia, kajś nad stawem naszczekiwały psy wielce swarliwie, a od Kłębów buchały
niekiej żałobne, jękliwe zawodzenia.
Jasio, strudzony wreszcie deliberacjami, zawrócił już ku domowi, gdy naraz posłyszał
jakby z pasieki jakieś przyduszone, gorące szepty.
Nie dojrzał nikogo, ale przystanął i słuchał z zapartym tchem.
- ...byś skisł... puść me, puść, bo będę krzyczeć!...
- ...głupia... Czego się wydzierasz? Krzywdy ci to chcę, krzywdy?...
- ...jeszcze kto posłyszy. Laboga, dyć mi ziobra zgnieciesz... puść...
Pietrek Borynów i księża Maryna! Rozpoznał ich po głosach i odszedł z uśmiechem, lecz
po paru krokach zawrócił na dawne miejsce i nasłuchiwał z dziwnie bijącym sercem. Gęste
krze ich przysłaniały i ciemnica, nie sposób było rozeznać, ale coraz wyraźniej słyszał krótkie,
rwane i warem kipiące słowa, buchały kiej płomienie, a niekiedy przez długie chwile
wrzały gorączkowe, dyszące oddechy i szamotania.
- ...takusieńką, jak ma Jagusia, obaczysz... ino mi nie broń, Maryś, ino...
- ...zarno ci zawierzę... bo ja to taka... loboga, dajże odzipnąć...
Zaszeleściały gwałtownie krzaki, coś ciężko zwaliło się na ziem, ale po chwili zatrzęsły