wszystkie żeniate kobiety i uradzali już dość długo, gdy Płoszkowa zakrzyczała:
- A kajże to Antek Boryna? Cała wieś się zebrała, on pierwszy w Lipcach gospodarz, to
przez niego nie można radzić, będzie nieważne.
- Prawda, posłać po niego! Musi przyjść! Bez niego nie można! - wrzeszczeli.
- A może będzie jej bronił, kto wie? - szepnęła któraś.
- Śmiałby to całej wsi się przeciwić! Kiej wszystkie, to wszystkie!
Kopnął się po niego sołtys i z łóżka musiał ściągać, bo już był spał.
- Musicie iść i powiedzieć swoje! A nie pójdziecie, to powiedzą, co ją osłaniacie i przeciwko
gromadzie na sprzeciw idziecie! Baby wam nie darują dawnych grzechów. Chodźcież,
raz trzeba z tym skończyć.
I poszedł, chociaż z ciężkim sercem, bo iść musiał.
Karczma była jakby nabita, że trudno już było palec wrazić, i wrzało z cicha, gdyż organista
stojał właśnie na ławie i prawił niby to kazanie.
- ... i drugiego sposobu nie ma! Wieś to jak ten dom, niech jeden złodziej wyjmie spod
niego przyciesię, niech drugi złakomi się na belki, a trzeciemu zachce się wyjąć kawał ściany,
to w końcu chałupa się zwali i na śmierć wszystkich przygniecie! Wymiarkujcie to sobie dobrze!
A niechże tu każdemu będzie wolno kraść, rozbijać, krzywdzić, rozpustę czynić, to i cóż
się stanie ze wsią? Powiadam wam, nie wieś to już będzie, a jeno ten chlew diabelski, a hańba
i wstyd la poczciwych! Że omijać ją będą z daleka i żegnać się na jej przypomnienie. Ale
mówię wam, że prędzej czy później kara boska na taką wieś spaść musi, jak spadła na ową
Sodomę i Gomorę! Spadnie i wszystkich wytraci, bo wszyscy są zarówno winni, tak ci, którzy
źle robią, jak i ci, którzy pozwalają rozrastać się złemu! Pismo święte nas poucza: jeśli zgorszy
cię ręka twoja, odetnij ją, a jeśli zgrzeszyło oko, wyłup je i ciśnij psom! Jagusia, mówię
wam, to gorsza od moru, gorsza od zarazy, bo sieje zgorszenie, grzeszy przeciw wszystkim
przykazaniom i ściąga na wieś gniew Boży i jego straszną pomstę! Wypędźta ją, póki jeszcze
czas! Już się przebrała miarka jej grzechów i przyszedł czas na pokaranie! - ryczał kiej byk,
jaże mu oczy wyłaziły z rozczerwienionej twarzy.
- Juści! Pora! Naród mocen jest karać i mocen wynadgradzać! Wygnać ją ze wsi! Wygnać!
- wrzeszczeli coraz głośniej.
Prawił jeszcze Grzela, wójtów brat, przemawiał stary Płoszka, pyskował Gulbas, ale mało
kto słuchał, bo już wszyscy wraz mówili. Organiścina cięgiem rozpowiadała, jak to było z
Jasiem, wójtowa też swoje krzywdy każdemu w uszy kładła, a i drugie pofolgowały se niezgorzej,
że już wrzało kiej na jarmarku.
Tylko Antek się nie odzywał, stojał przy szynkwasie chmurny kiej noc, z zaciętymi zębami,
pobladły od męki, a przychodziły na niego takie minuty, że chciało mu się chycić ławę i
prać nią te wszystkie rozwrzeszczone pyski, a obcasami tratować kiej to paskudne robactwo i
tak mu się już wszystko zmierziło, iż pił kieliszek po kieliszku, a spluwał jeno i klął cicho.
Podszedł doń Płoszka i głośno na całą karczmę zapytał:
- Już wszystkie zgodziły się na jedno, że Jagusię trza wygnać ze wsi. Rzeknij i ty swoje,
Antoni.
Przycichło nagle w karczmie, wszystkie oczy wlepiły się w niego, byli prawie pewni, że
się sprzeciwi, ale on odsapnął, wyprostował się i rzekł głośno:
- W gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam! Chceta ją wypędzić, wypędźta; a chceta se
ją posadzić na ołtarzu, posadźta! Zarówno mi jedno!
Odsunął ręką zalegających mu drogę i wyszedł nie patrząc na nikogo.
Długo jeszcze po jego wyjściu radzili, prawie do samego świtania, a rankiem wiedzieli