aby mocny! - dorzuciła znowu ze złym uśmiechem Jagustynka.
- Józek Banachów posyłał z wódką - nie chciała.
- Cie... dziedziczka zapowietrzona.
- A stara ino w kościele siaduje, a na książce się modli, a na odpusty chodzi!
- Prawda, ale czarownica to też jest; a Wawrzonowym krowom to chto mleko odebrał,
co? A jak na Jadamowego chłopaka, co jej śliwki w sadku obrywał, jakieś złe słowo powiedziała,
to mu się zaraz taki kołtun zbił i tak go pokręciło, Jezus!
- I ma tu błogosławieństwo Boże być nad narodem, kiej takie we wsi siedzą...
- A drzewiej, kiej jeszcze krowy pasałam tatusiowe, to baczę, że takie ze wsi wyganiali -
dodała znowu Jagustynka.
- Tym się krzywda nie stanie, bo ma ją kto strzec...i zniżając głos do szeptu, a patrząc z
ukosa na Annę, co kopała na przedzie pierwszą z kraja redlinę, szeptała Jagustynka sąsiadkom:
- A pono pierwszy do obrony to ano chłop Hanki... cieka się on za Jagną kiej ten pies.:.
- Laboga... moiściewy... cudeńka prawicie... Hale! to by już grzech i obraza boska była...
- szeptały do siebie kopiąc i nie podnosząc głów.
- A bo to on jeden... a to jak za suką, tak chłopaki za nią ganiają.
- A bo też urodę ma, to ma; wypasiona kiej jałowica, biała na gębie, a ślepie to ma rychtyk
jak te lnowe kwiatki... a mocna, że i niejeden chłop jej nie uradzi... ,
- A bo to co robi, ino żre a wysypia się, to nie ma urodna być...
Milczały długą chwilę, bo trzeba było kartofle wysypywać na kupę.
A potem już z rzadka pogadywały to o tym, to o owym aż i zamilkły, bo któraś dojrzała,
że od wsi rżyskiem bieży Józka Borynianka. ,
Jakoż i ta nadbiegała zziajana i już z daleka krzyczała:
- Hanka, a chodźcie ino do chałupy, bo krowie się cosik stało.
- Jezus Maria, a której?...
- A to ci graniastej... a to ci... tchu złapać nie mogę..-
- Loboga, aże mnie zatknęło, myślałam, że mojej...-zawołała z ulgą Anna.
- Witek ją co dopiero przygnał, bo gajowy ich wypędził z zagajów. Krowa się zlachała,
bo taka śpaśna... i zaraz przed oborą upadła... i ani pić nie pije, ani żreć nie żre, ino się tarza, a
ryczy, że loboga!
- Ojca to nie ma?
- Ni, tatulo jeszcze nie przyjechali. O Jezus, mój Jezus, taka krowa, co na raz dobrze i
garniec mleka dawała. A chodźcież rychło.
- Duchem ci lecę, w to oczymgnienie.
Jakoż i wyjęła dziecko z płachty, nadziała mu czapeczkę z kutasikami, okręciła zapaską i
poszła żywo, a taka była strwożona wieścią, że nawet nie opuściła wełniaka, zapomniała do
cna, aż jej odsłonięte do kolan nogi bieliły się po roli. Józka biegła przodem.
A kopacze, każdy okrakiem nad swoją redliną, posuwali się z wolna, kopiąc leniwiej, jako
że nikt nie pilił i nie poganiał.
Słońce już się przetaczało na zachód i jakby rozżarzone biegiem szalonym czerwieniło
się kołem ogromnym i zsuwało za czarne, wysokie lasy. Mrok gęstniał i pełzał już po polach;
sunął bruzdami, czaił się po rowach, wzbierał w gąszczach i z wolna rozlewał się po ziemi,
przygaszał, ogarniał i tłumił barwy, że tylko czuby drzew, wieże i dachy kościoła gorzały
płomieniami.
A niektórzy ściągali już z pól do domów.
Głosy ludzkie, rżenia, porykiwania, turkoty wozów coraz ostrzej brzmiały w cichym,
omroczonym powietrzu.