- Co się stało?
Roch rzucił się do sieni tak prędko, że o mało się nie przewrócił o szatkownicę.
- I, nic... chłopak któryś przyciął psu ogon drzwiami i bez to tak wył! - zawołał Antek,
wyjrzawszy do sieni.
- Pewnie to Witka robota - zauważy ł Boryna.
- Ale, Witek by ta psa krzywdził, któren zbiera po wsi wywłóki różne i lekuje... - broniła
gorąco Józia.
Roch powrócił mocno wzburzony, oswobodzić musiał psa, bo skowyt było słychać już
gdzieś w opłotkach.
- I pies stworzenie boskie, i czuje krzywdę jako i człowiek... Pan Jezus miał też swojego
pieska i nie dał nikomu krzywdzić... - powiedział porywczo.
- Pan Jezus by tam miał pieska, jak wszyscy ludzie?... - wątpiła Jagustynka.
- A żebyście wiedzieli, to miał i Burkiem go przezywał...
- Hale... No! Cie... - odzywały się ciekawe głosy.
Roch milczał chwilę, a potem podniósł siwą głowę, okoloną długimi, równo nad czołem
uciętymi włosami, utkwił blade, jakby wypłakane oczy w ogniu i ozwał się cicho, przebierając
palcami ziarna różańca...
W owy czas daleki...
Kiej Pan Jezus jeszcze po ziemi chadzał i rządy nad narodem sam sprawował, stało się to,
coć wam rzeknę...
Szedł se Pan Jezus na odpust do Mstowa, a drogi nikaj nie było, ino piachy srogie a parzące,
bo słońce przypiekało i gorąc był taki, jak kieby przed burzą... A cienia nikaj ni osłony.
Pan Jezus szedł z cierpliwością wielką, bo do lasu było jeszcze kawał drogi, ale że już
tych świętych nóżków nie czuł z utrudzenia i pić mu się okrutnie chciało, to se raz w raz przysiadał
na wydmach, chocia tam i barzej przygrzewało, i rosły same ino koziebródki, a cienia
było tyla, co od tych poschniętych badyli dziewann, że i ptaszek by się nie schronił....
Ale co przysiadł, to i nie odzipnął nawet rzetelnie, bo zaraz Zły, jako ten jastrząb paskudny,
co bije z góry w ustałego ptaszka, tak ci on zapowietrzony bił racicami w piach a tarzał się
jako to bydlę, że taka kurzawa, taka ćma się podnosiła, co i świata widać nie było...
Pan Jezus, choć mu piersi zapierało i ledwie się już ruchał, to wstawał i szedł, a ino się
pośmiewał z głupiego, bo przeciech wiedział, że Zły chciał mu zmylić drogę, coby nie szedł
na odpust na zbawienie grzesznego narodu...
I szedł Pan Jezus... szedł... aż i przyszedł do lasu...
Odpoczął se w cieniu niezgorzej, ochłodził wodą i coś niecoś z torby przegryz, potem
wyłamał niezgorszy kijaszek, przeżegnał się i wlazł w bór.
A bór był stary i gęsty, a błota nieprzebyte, a chrapy i oparzeliska takie, że musi sam Zły
tam domował, a gąszcze, że i niektóremu ptakowi łacno przemknąć się nie było. Jeno Pan
Jezus wszedł, a tu kiej Zły borem nie zatrzęsie, kiej nie zacznie wyć, kiej nie pocznie łamać
chojarów a wiater, jako że to jeno parob piekielny, pomagał w te pędy i rwał suszki, rwał dęby,
rwał gałęzie i huczał, i hurkotał po borze jako ten głupi.
Ciemność się stała, że chocia oko wykol - a tu szum, a tu trzask... a tu zawierucha... a tu
jakieś zwierzaki, pomioty diabelskie wyskakują i szczerzą kły... i warczą...i straszą... i świecą
ślepiami, i... ino... ino chycić pazurami.
ale juści, że nie śmiały, bo jakże by... Pan ci Jezus był w swojej świętej osobie...
Ale i Panu Jezusowi dość było tego głupiego strachania, i że pilno na odpust, to przeżegnał
bór i zaraz wszystkie Złe i ze swoimi kumami przepadli w oparzeliskach.