Baby się rozstąpiły, a Witek, który cały czas coś najspokojniej majstrował pod chałupą,
skoczył w ogród i przepadł ze strachu, nawet Hanka podniosła się na progu i stała bezradna,
strwożona.
- Zmarnowali mi bydlę!... - wykrzyknął wreszcie stary, obejrzawszy krowę. - Trzysta
złotych jak w błoto! Do miski to ścierwów aż gęsto, a przypilnować nie ma kto. Taka krowa,
taka krowa! A to człowiek ruszyć się z domu nie może, bo zaraz szkoda i upadek...
- Dyć ja od połednia samego byłam przy kopaniu- tłumaczyła się cicho Hanka.
- A bo ty co kiej widzisz! - krzyknął z wściekłością.- A bo ty stoisz o moje!... Taka krowa,
taki haman, że i drugiej nie w każdym dworze by znalazł!
Wyrzekał coraz żałośniej i obchodził ją, próbował podnieść, ciągał za ogon, zaglądał w
zęby, ale krowa dyszała chrapliwie i coraz ciężej, krew przestała płynąć, tylko krzepła w
czarne, spieczone żużle - wyraźnie już zdychała
- Nie ma co, ino ją trza dorznąć, choć tyla się wróci! - rzekł w końcu, przyniósł kosę ze
stodoły, poostrzył ją nieco na taczalniku, co stał pod okapem obory, rozdział się ze spencerka,
zawinął rękawy koszuli i zabrał się do zarzynania...
Hanka z Józią buchnęły płaczem, bo granula, jakby czując śmierć, uniosła z trudem łeb,
zaryczała głucho i... padła z przerzniętym gardłem, grzebiąc ino nogami... Pies zlizywał
krzepnącą na powietrzu krew, a potem skoczył na doły od kartofli i szczekał na konie stojące
z wozem w opłotkach, bo tam je zostawił Antek, a sam spokojnie przyglądał się jatce.
- Nie bucz, głupia! Ojcowa krowa to nie nasza strata powiedział ze złością do żony i zabrał
się do wyprzęgania i rozbierania koni, które już Witek ciągnął za grzywy do stajni.
- Ziemniaków w polu dużo? - zagadnął Boryna, myjąc pod studnią ręce.
- A bogać tam mało, będzie ze dwadzieścia worków'.
- Trzeba dzisiaj zwieźć.
- Hale, zwoźcie se sami, ja już kulasów nie czuję ni krzyża... a i licowy kuleje na przednią.
- Józka, zwołaj no Kubę od kopania, niech źróbkę założy za licowego i trza dzisiaj
zwieźć. - Deszcz ano być może.
Ale wrzał złością i zmartwieniem, bo coraz to przystawał przed krową i klął siarczyście,
a potem łaził po podwórzu i zaglądał to do obory, to do stodoły, to pod szopę i sam nie wiedział,
czego szuka, żarła go ano taka strata.
- Witek! Witek! - jął wołać i odpinał szeroki rzemień z bioder, ale chłopak się nie pokazał.
Ludzie się porozchodzili, bo rozumieli, że taka szkoda i taka markotność musi się skończyć
bitką, jako że do niej Boryna był skory zazwyczaj, ale stary klął tylko dzisiaj i poszedł
do izby.
- Hanka, a daj no jeść! - krzyknął na synową w otwarte okno i poszedł na swoją stronę.
Dom był zwykły, kmiecy - przedzielony na przestrzał sienią ogromną; szczytem wychodził
na podwórze, a frontem czterookiennym na sad i na drogę.
Jedną połowę od ogrodu zajmował Boryna z Józią, a na drugiej siedzieli Antkowie. Parobek
ż pastuchem sypiali przy koniach.
W izbie było już czarniawo, bo przez małe okienka, przysłonięte okapem i zagajone
drzewami, mało przeciskało się światła, a i mroczało już na świecie, że tylko połyskiwały
szkła obrazów świętych, co rzędem czerniły się na bielonych ścianach; izba była duża, ale
przygnieciona czarnym pułapem i ogromnymi belkami pod nim, i tak zastawiona różnym
sprzętem, że tylko koło wielkiego komina z okapem, co stał przy siennej ścianie, było niecoś
swobodnego miejsca.
Boryna się rozzuł i poszedł do ciemnego alkierza, zamykając drzwi za sobą, odsunął ż
małej szybki deskę, że zachodnie światło krwawym brzaskiem zalało alkierz.