Dostępne lektury:

Polecane strony:

  • W przerwach w czytaniu książek polecam Lineage 2, wszystko o doskonałej grze jaką jest na stronie L2 Polska, lineage 2 polska. Zapraszamy w wolnej chwili do zapoznania się z ta grą.
  • Fachowa reklama dla bibliotek i nie tylko www.saskastudio.pl, zapewni właściwą promocję każdej bibliotece.

Lektury on-line Warszawa: Lalka

Tomy: 1 2

Pan Łęcki patrzy na niego szklanymi oczyma, ale jeszcze nie może zorientować się w sytuacji. Nie żegna się z adwokatem, nakłada w sali kapelusz i wychodząc mruczy:
"Straciłem przez Żydów i adwokatów ze trzydzieści tysięcy rubli... Można było dostać sto dwadzieścia tysięcy..."
I stary Szlangbaum już wychodzi; wtem zastępuje .mu drogę pan Cynader, ów piękny brunet, któremu równego nigdy nie widział pan Ignacy.
- Co to pan za interesa robi, panie Szlangbaum? - mówi piękny brunet. - Ten dom można było kupić za siedemdziesiąt jeden tysięcy. On dziś więcej niewart...
- Dla jednego niewart, dla drugiego wart; ja zawsze robię tylko dobre interesa - odpowiada zamyślony Szlangbaum.
Nareszcie i Rzecki opuszcza salę, w której odbywa się inna licytacja i gromadzi się nowa publiczność. Pan Ignacy z wolna schodzi ze schodów i myśli:
"A więc dom kupił Szlangbaum, i to za dziewięćdziesiąt tysięcy, jak przepowiedział Klejn. No, ależ Szlangbaum to przecie nie Wokulski... Stach nie zrobiłby takiego głupstwa... Nie!... I z tą panną Izabelą farsa, plotki..."

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY:

PIERWSZE OSTRZEŻENIE

Była pierwsza w południe, kiedy pan Ignacy zbliżał się do sklepu, zawstydzony i niespokojny. Jak można zmarnować tyle czasu... w porze największego ruchu interesantów?... A nuż w dodatku stało się jakie nieszczęście?:.. I co za satysfakcja włóczyć się po ulicach w upał, wśród kurzu i zapachu prażonych asfaltów!...
Istotnie, dzień był wyjątkowo gorący i jaskrawy: chodniki i kamienie ziały żarem, blaszanych szyldów ani latarniowych słupów nie można było dotknąć ręką, a z nadmiaru światła panu Ignacemu zachodziły łzami oczy i czarne płatki zasłaniały mu pole widzenia.
"Gdybym był Panem Bogiem - myślał - połowę lipcowych upałów zachowałbym na grudzień..."
Nagle spojrzał na wystawę sklepową (właśnie mijał okna) i osłupiał. Wystawa już drugi tydzień nie odnowiona!... Te same brązy, majoliki, wachlarze, te same neseserki, rękawiczki, parasole i zabawki!... Czy widział kto podobne zgorszenie?
"Ależ ja jestem podły człowiek! - mruknął do siebie. - Onegdaj spiłem się, dziś włóczę się... Diabli wezmą budę, jak amen w pacierzu..."
Ledwie wszedł do sklepu, niepewny, co mu więcej cięży: serce czy nogi - gdy w tej chwili porwał go Mraczewski. Już był ostrzyżony na sposób warszawski, uczesany i uperfumowany jak dawniej i przez amatorstwo obsługiwał przychodzących gości, sam będąc gościem, jeszcze z tak dalekich okolic. Miejscowi panowie nie mogli wyjść z podziwu.
- A bój się pan Boga, panie Ignacy - zawołał - trzy godziny czekam na pana! Wyście tu wszyscy głowy potracili...
Wziął go pod ramię i nie zważając na paru obecnych gości, którzy ze zdumieniem patrzyli na nich, pędem zaciągnął Rzeckiego do gabinetu, gdzie stała kasa.
Tu osiwiałego w swoim zawodzie subiekta pchnął na twardy foteli stanąwszy przed nim z załamanymi rękoma, jak zrozpaczony Germont przed Violettą, rzekł:
- Wiesz pan co... Wiedziałem, że po moim wyjeździe stąd interes się rozprzęgnie; alem nie przypuszczał, że tak prędko... No, bo że pannie siedzisz w sklepie, mniejsza: dziury nie będzie. Ale jakie ten stary głupstwa wyrabia, to przecie skandal!...
Zdawało się; że panu Ignacemu brwi posuną się ze zdziwienia na wierzch czoła.
- Przepraszam!... - zawołał podnosząc się z fotelu.
Ale Mraczewski zmusił go do siedzenia.

Strony: