Dostępne lektury:

Polecane strony:

  • W przerwach w czytaniu książek polecam Lineage 2, wszystko o doskonałej grze jaką jest na stronie L2 Polska, lineage 2 polska. Zapraszamy w wolnej chwili do zapoznania się z ta grą.
  • Fachowa reklama dla bibliotek i nie tylko www.saskastudio.pl, zapewni właściwą promocję każdej bibliotece.

Lektury on-line Olsztyn: Nad Niemnem

Tomy: 1 2 3

Ale wielki chłopiec nie odpowiadał nic, tylko tajemniczymi gestami ręki i głowy przyzywał go ku sobie. Witold paru skokami znalazł się przy nim, a wtedy i on grubym szeptem mówić zaczął:
- Jeżeli Witold chce dziś na kiełby jechać, to proszę teraz, bo pod wieczór może deszcz spadnie...
- Dobrze! Dobrze! ale czegóż ty, Julek, tak szepczesz i chowasz się za śçianę?...
Rudy chłopiec wielką swą głowę wtulił w ramiona i z gapiowatym śmiechem zaszeptał znowu:
- A jakże! czy ja wiem? tak jak prawie sześć lat we dworze nie byłem... może tu kto na mnie gniewać się będzie. ..
- A dlaczegóż czapki na głowie nie masz?
Z tą samą mimiką chłopiec odpowiedział:
- Czy ja wiem? we dworze? Może kto będzie gniewał się na mnie?
- Włóż zaraz czapkę i mów głośno - zadyrygował Witold i widać było, że go znowu coś w serce ukłuło. Ale spojrzał na wędy i zwracając się ku dziedzińcowi zawołał:
- Mars! Mars!
Wielki, czarny ponter wyskoczył z kuchni; w pobliżu której stali dwaj młodzi ludzie.
- Chodźmy! - zawołał Witold.
- Chodźmy! - głośno już i raźnym gestem starą czapkę na ogromną czuprynę swą wkładając powtórzył chłopiec w siermiędze.
Przez furtkę do ogrodu wbiegłszy od starych klonów, długą ścianą stojących nad samym brzegiem wysokiej góry, szybko z niej zstępować zaczęli ku Niemnowi. Mars cwałował przed nimi.
- A gdzież Sargas? - zapytał Witold.
- Che, che, che! łódki pilnuje! - zaśmiał się jego towarzysz.
- W domu u was wszyscy zdrowi?
- A zdrowi, chwała Bogu!
- Już z pięć dni w okolicy waszej nie byłem...
- A jakże! już my mówili, że Witold może przestanie do nas chodzić, bo może Witoldu ociec zabronił...
- Mnie nikt zabronić nie może przestawać z wami i być przyjacielem waszym - oburzył się Witold, ale tym razem wszelkie przykre uczucie krótko w nim trwać mogło, Dzień był taki pogodny, upalny, Niemen u stóp wysokiej góry toczył się taki błękitny i złoty, a u brzegu stała łódka mała, w której wnet z towarzyszem swoim usiądzie, aby na środek rzeki wypłynąć i koniec wędy w błękitach utopiwszy patrzeć mniej może na pływające po ich powierzchni i obecność małej rybki drżeniem swym zdradzające piórko, jak na ten mały, piękny, nad wszystko milszy mu kawałek świata. Oddychać będzie pełną piersią świeżością powietrza i wody i gwarzyć całym sercem z tym towarzyszem swym, z którym ileż razy w dziecinnych swych i nieco nawet późniejszych latach zbiegał razem z tej góry i, tak jak teraz, siadał razem do łódki, przy której w tej chwili na kształt posążka z czarnego marmuru siedział na straży wyprostowany i nieruchomy, czarny, kudłaty; sporej wielkości Sargas. Niezmącona, dziecinna wesołość okrywała delikatne, inteligentne, trochę już zmęczone rysy Witolda Korczyńskiego grubą, czerwoną, rudawymi włosy obrosłą twarz Julka Bohatyrowicza. Gdy wiosłami zgodnie uderzyli oni o wodę, łódka zakołysała się na błękitnej i złotej toni, a dwa czarne psy wyżeł i kundel, każdy naprzeciw swego pana siedząc wesołymi także oczami ścigały niskie loty nadwodnych muszek, strzelistych babek i złotym miodem obarczonych pszczół...

Salon korczyńskiego domu rozbrzmiewał teraz muzyką skrzypiec i fortepianu. Pani Emilia po całogodzinnym przebywaniu wyobraźnią w Egipcie i zjedzeniu paru łyżek rosołu uczuła się znowu tak cierpiącą i smutną, że zapotrzebowała jakiejkolwiek rozrywki, jakiejkolwiek
Strony: