ukontentowaniu przebyłam... A przy tym sława i honor mnie należy za to, że wyratowałam się od wstydu i poniżenia... sława i honor... wieczny honor... wieczny honor!
- Ciotko! ciotko! biedna, biedna ciotko! - rękę rozgorączkowanej i coraz śpieszniej oddychającej kobiety w dłoniach swych tuląc szeptała Justyna. Ale ona zwracając ku niej swą żółtą twarz, na której policzki wybiły się dwie ogniste plamy rumieńców, prędkim, świszczącym szeptem pytać zaczęła:
- Cóż tam z nim? jak on wygląda? czy zupełnie wyzdrowiał? czy z synowcem w zgodzie żyje?
Długo obie z twarzami ku sobie przybliżonymi szeptem z sobą rozmawiały.
- Dom nowy zbudował? Jakże tam we środku? świetlica duża, czysto? porządnie?
A gdy Justyna na wszystkie już pytania jej odpodziała, zapytywała znowu:
- Wspomina? jak wspomina?
Czasem zamyślały się obie i chwilę milczały. Potem słychać było znowu szept pytający:
- Wspomina? czy często wspomina?
Przyjaźnie, łagodnie, z cicha, klęcząca przy łóżku, kwitnąca młodością i siłą kobieta opowiadała drugiej - tej poranionej, zestarzałej, gorzkiej i gniewliwej - jak i kiedy o niej mówił, opowiadał, wspominał.
Po wklęsłych, zwiędłych ustach Marty przewijać się zaczął uśmiech, uspakajały się wzburzone jej rysy, powieki opadały na ukojone, przygasłe, cichą słodyczą, omglone źrenice.
- Wspomina! - szepnęła raz jeszcze i uciszyła się zupełnie.
Nie usnęła, ale cicho i nieruchomo leżała, tylko w jej piersi wzruszeniem i długim mówieniem wzmożona grała, jęczała, szemrała chrypka.
- Ciotko - szepnęła Justyna - ty chora jesteś na prawdę i ciężko. Dlaczego leczyć się nie chcesz?
Podniosła powieki i znowu ze zwykłą swą porywczością i oburkliwością sarknęła:
- Po co? na co? czy nie możesz powiedzieć mi, po co i na co?
A potem dodała prędko:
- Któż ci to powiedział? Wymyśliłaś! i dzieci wymyślają, że ja chora. Zdrowszej ode mnie na świecie nie ma. Dajcie mi pokój z waszym leczeniem i z waszymi doktorami. Idź spać! Dobranoc!
Wymówiwszy to zamknęła znowu powieki i znowu powoli wyrazem ukojenia i słodyczy oblekły się jej rysy.