Dostępne lektury:

Polecane strony:

  • W przerwach w czytaniu książek polecam Lineage 2, wszystko o doskonałej grze jaką jest na stronie L2 Polska, lineage 2 polska. Zapraszamy w wolnej chwili do zapoznania się z ta grą.
  • Fachowa reklama dla bibliotek i nie tylko www.saskastudio.pl, zapewni właściwą promocję każdej bibliotece.

Lektury on-line Warszawa: Przedwiośnie

Części: 1 2 3

Pozycje tego „cudu” były takie: Bolszewicy mieli ogromną armię, świetną konnicę. Zalali tą armią cały prawie polski kraj. Na sztandarach bolszewickich było wypisane hasło wyzwolenia proletariatu z burżuazyjnej opresji, rewolucja socjalna. Któż i cóż mogło się oprzeć tej armii i jej moralnej sile? Powinna była w Polsce znaleźć zwolenników, powinna była zniszczyć szczupłą polską siłę zbrojną, gdyż za plecami wojsk polskich powinna była stanąć druga potęga: zrewolucjonizowane masy proletariatu miast i wsi. Ta druga siła powinna była podać rękę rosyjskiej armii czerwonej. Tymczasem bolszewicka armia czerwona
została przepędzona na cztery wiatry, uciekła z Polski jak banda napastników. To był istotny, był niewątpliwy cud nad Wisłą.
Innym dowodem tajemniczego opiekuństwa nad Polską były dzieje niektórych ludzi, zwanych przez pana Gajowca „wielkimi polskimi charakterami”.
- Ktoś - mówił - roznieca wielką duszę w chłopcu z prowincji, w zabiedzonym studencie medycyny, co to nie dojada i nie dosypia, a mieszka jak pies na płocie - ażeby podjął walkę ni mniej, ni więcej tylko z całym moskiewskim caratem, z cesarstwem Aleksandra Trzeciego, o którym wszystkie umysły kraju głosiły jako o potędze nie do pokonania dla nikogo na globie ziemskim. Ów student medycyny, któremu zaledwie starczyło pieniędzy na kupno atramentu, pióra i papieru, pisze raz w raz wezwania do robotników i chłopów, powołujące ich do organizowania się i do walki z wszechpotężnym caratem. Przy pomocy współspiskowców odbija te swoje prace rewolucyjne na tajnej maszynce drukarskiej, pracując jako zecer przy ogarku świecy - a później wydrukowane własną ręką kilkaset numerów pisma bierze na plecy i zza granicy idzie do Polski. Ażeby zaś przejść potajemnie granicę pilnie strzeżoną, musi przebywać po nocy graniczną rzekę. Wybiera jesienną noc, najgłuchszą, najciemniejszą, najbardziej dżdżystą, kiedy obieszczyk nadgraniczny zawinie się w ciepły płaszcz i będzie drzemał na koniu. Wówczas inspirator zzuje buty i obnaży się do pasa. Pod pachę lewej ręki ujmie żerdź, którą w ciemności będzie macał o b i e s- z c z y k a stojącego nad rzeką. W prawą rękę ujmie rewolwer, ażeby strzelać do żołnierza, jeśli weń żerdzią natrafi i gdy się walka wywiąże. Posłyszawszy plusk w rzece żołnierz ze swego konia krzyczy: ja tiebia wiżu!ja tiebia wiżu! - po tym okrzyku rewolucjonista poznaje miejsce postoju żołnierza. Przechodzi obok niego o krok, o dwa kroki. Słyszy, jak siodło chrzęści pod jeźdźcem, jak dzwonią jego ostrogi i chrapie koń strwożony. Idzie boso, przeziębły do szpiku kości, dygocący, półnagi, po ostrych kołkach zarośli - w rodzinny kraj, ażeby budzić ze snu niewoli.
Pan Gajowiec opowiadał swemu młodemu słuchaczowi o sześciu kolejnych manifestacjach robotniczych, w których rokrocznie w dniu 1 maja brał udział. Z prawdziwą jednak kurtuazją wspominał pierwszą z tych manifestacji, zorganizowaną przez tegoż wędrowca poprzez graniczne rzeki. I tutaj, jak zawsze, ten sam inspirator napisał wezwanie do święcenia dnia 1 maja w Alejach Ujazdowskich Warszawy pod samymi murami Belwederu, w którym rezydował generał-gubernator warszawski, wielkorządca Polski z ramienia caratu. Sam wydrukował wezwanie na czerwonych kartkach i sam je rozrzucił, rozdał w fabrykach Warszawy. Przebrany za Anglika, przygodnie zabłąkanego w tym mieście i spacerującego po Alejach, w wysokim cylindrze (mocno trącającym magazynami „Wałówki”), starannie przyprasowanym, w niebieskich binoklach i długim paltocie, organizator przechadzał się wyniośle i obojętnie wśród grup manifestantów, którzy tego dnia po raz pierwszy wyszli masowo z fabryk i warsztatów na spotkanie z potęgą caratu. Żandarmi konni na wspaniałych rumakach podjeżdżali blisko, oficerowie żandarmscy wkraczali na chodnik, ażeby przypatrzeć się twarzy wędrownego Anglika. Tłumy policji i wojska otaczały ze wszech stron manifestantów, kierując ich ku otwartej bramie ogrodu, ażeby ich tam wepchnąć i schwytać. Pan Gajowiec wspominał blade twarze tych ludzi, tych pierwszych żołnierzy sprawy niepodległości, defilujących przed Belwederem.
- Dziwna, przedziwna jest siła modlitwy - mówił pan Gajowiec.

Strony: