Dostępne lektury:

Polecane strony:

  • W przerwach w czytaniu książek polecam Lineage 2, wszystko o doskonałej grze jaką jest na stronie L2 Polska, lineage 2 polska. Zapraszamy w wolnej chwili do zapoznania się z ta grą.
  • Fachowa reklama dla bibliotek i nie tylko www.saskastudio.pl, zapewni właściwą promocję każdej bibliotece.

Lektury on-line Warszawa: Przedwiośnie

Części: 1 2 3

Sowietami, ale musiał iść w obawie niesławy. Ów snobizm wojenny silniejszy był niż przekonania i sympatia dla tamtej strony. Pan Gajowiec, jedyny teraz quasi-opiekun i duchowy ojciec, nie powstrzymywał ani odmawiał, choć pozbycie się młodego przyjaciela było dla niego klęską nad klęskami. W ciągu jednej sekundy zdecydowali tę sprawę. Cezary wyruszył „w pole”. „Pole” było niedaleko, tuż pod Warszawą. Widać je było niemal, gdyż dymy płonącego Radzymina ukazywały się oczom z wysokiego pobrzeża, na którym wznosi się Warszawa. Słychać było huk armatni, dobrze Cezaremu znajomy. Oto teraz znowu rozlegał się ten głos przeklęty nad jego samotnością i pracą nowo rozpoczętą! Znowu zaczynało się to samo, co było w Baku! Tu jednak przyłączyły się elementy inne, nowe, decydujące.
Pewnego razu, gdy wojska bolszewickie minęły już spalone miasteczka i docierały niemal do przedmieść Warszawy, a całe to miasto było w ruchu, w biegu, w skoku, w jakimś locie wszystkich na wszystkie strony - gdy dudniało, jak bęben, od automobilów ciężarowych, od przeciągającej artylerii, dźwięczało od kroku wojsk maszerujących w rozmaite strony, Cezary po mustrze wszedł do kawiarni mieszczącej się w ogrodzie, ażeby napić się szklankę wody sodowej. Stoliki były pozajmowane. Obsiedli je panowie i obsiadły panie, przeważnie semickiego pochodzenia. Była to plutokracja miasta Warszawy, która nie poszła śladem najgrubszych w tym zawodzie, nie dała jak tamci drapaka, gdzie pieprz rośnie, lecz pozostała na miejscu. Panowie ci nie rozmawiali już po cichu o tym, co się dzieje. Mówili głośno, może nawet odrobineczkę za głośno - po prostu z krzykiem. Spierali się -już tylko pomiędzy sobą - o to, jak też zachowywać się będą po wkroczeniu do Warszawy owi nie znani tu jeszcze bolszewicy. Jedni z tych panów przewidywali, iż wszystko będzie dobrze, ułoży się, da się zrobić. Nie takie rzeczy dawały się zrobić, da się zrobić i ta afera. Dlaczego nie ma się dać zrobić? Przypominali ową doskonałą formułę jakiegoś spryciarza, iż osioł obładowany złotem wejdzie do najbardziej niedostępnej fortecy. Inni wyrażali obawę, iż mogą być nieprzyjemności, grube kawały.
- To są barbarzyńcy! - ciskał się pewien pan, grubas w drogich kortach, bawiący się brelokami swej dewizki, leżącymi na jego brzuchu.
- To są łobuzy! - dodawał rozglądając się dookoła nie bez pragnienia, ażeby Sarmaci rdzenni, lecz robaczywi i ułomni, tu i tam tulący się pod cieniem Suchotniczych kasztanów, widzieli, jak on się w takiej chwili, w takiej chwili! ciska.
Antagonista oponował. Łagodnie, z flegmą. Nazywał swego interlokutora „po prostu sceptykiem”. Twierdził, że to są przesady, plotki, a nawet kalumnie. Spór, teoretyczny w swej istocie, zaostrzał się. Panowie dysputowali głośno, jak u siebie w domu. Zdawało się nawet, że sobie nawymyślają albo się nawet pobiją. Tymczasem wszystko się pogodnie Skończyło.
Zgodzili się na jedno:
- Zobaczymy...
- Zobaczymy! Dziś, jutro zobaczymy. Nie życzę panu, żebyś pan na własnej skórze doświadczył, jacy to dobrodzieje.
- Dziękuję za życzenie. Spełni się na pewno. Wszystko będzie dobrze.
- Jesteś pan niepoprawnym optymistą!
- Jestem człowiekiem, który patrzy i rozumie, co się dookoła niego dzieje.
- Żebyś pan sobie tylko nie potrzebował zakrywać oczu!
- Powiedzieliśmy przecie obadwaj: - zobaczymy...
- Dobrze: zobaczymy!

Cezary nie dopił swojej szklanki. Wojna między Polską i Rosją sowiecką, zmierzając do pomniejszenia tych obszarów, na których istniała już władza chłopów i robotników, nie była dla niego upragniona. Miał przecie działać w tym kierunku, żeby zmniejszyć, a nawet zniweczyć już uzyskane zwycięstwo robotników. Wahał się w sobie, iż zdradza sprawę robotniczą. Lecz to, co słyszał w kawiarni, targnęło nim jak żywa zniewaga. Nie chciał być
Strony: