Dostępne lektury:

Polecane strony:

  • W przerwach w czytaniu książek polecam Lineage 2, wszystko o doskonałej grze jaką jest na stronie L2 Polska, lineage 2 polska. Zapraszamy w wolnej chwili do zapoznania się z ta grą.
  • Fachowa reklama dla bibliotek i nie tylko www.saskastudio.pl, zapewni właściwą promocję każdej bibliotece.

Lektury on-line Warszawa: Przedwiośnie

Części: 1 2 3

Hipolit jechał tuż za wózkiem na Urysiu i widać było, że się rozkoszuje jazdą. Był uśmiechnięty, rozmarzony. Klepał raz w raz ręką kark i kłęby konia, pieszczotliwie gładził jego grzywę. Cezary miał ciągle przed oczyma jego twarz i przeszło mu przez myśl zastanowienie, iż buńczuczy się na tej bryczce, grozi wyjazdem, a naprawdę srogi by to był żal, gdyby trzeba było wyjechać z tej Nawłoci. Jeszcze jej przecie nawet nie zobaczył! Sam tu jakoś zmalał, sprościał, stał się nieomal dzieckiem. Wszystko na nowo, jak za dni minionego dzieciństwa, stało się tutaj tak ciekawe, tak niewidziane - niesłychane! Każdy pagórek albo wąwozik, który mijano, był od razu, od spojrzenia jakiści swój, bliźni, nieodłączny, choć jest przecie obcy i nowy. Ciekawość naprawdę paliła, żeby wstać w tej uroczyście wysmarowanej furmance i rozejrzeć się dookoła, zobaczyć, przeniknąć, co też to tam jest dalej, za chudym lasankiem, którego brzegiem biegnie korzenista, mokra droga.
Niewielu mijano przechodniów. Pewien Żydzina z brudnym workiem na plecach nisko się kłaniał panu dziedzicowi, co nie tylko z wojska wrócił, ale - powiadali - wojnę wygrał, samego Trockiego pobił na kwaśne jabłko. Wnet został daleko w tyle.
Ale pobiegły ku niemu myśli Cezarego, który go wciąż miał przed oczyma, gdy inni byli doń tyłem odwróceni. Jakżeby chciał pójść z tym Żydeczkiem i gadać o tajemnicach jego życia, których nie znał, nie widział, tak samo jak nie znał, nie widział tej okolicy porzniętej przez wiejską drogę! Tajemnicę jego życia... O wnętrzu worka, który ów z tak straszną męką na plecach dźwiga. Niesie tam pewno kilka ćwiartek kartofli dla kupy swych dzieci czekających z głodnym utęsknieniem. Znamy to, znamy... Znamy utęsknienie głodowe! Niesie tam może dwa duże bochny kwaśnego, żytniego chleba, który tak diabelnie smakuje, gdy żołądek jest pusty i kiszki puste. Znamy to, znamy... Niesie tam może kradzione jakoweś rzeczy... Niesie tam może kradzione chłopskie buty, które wydaje na dziesiątą wieś, żeby ich już do końca świata właściciel nie poznał. Któż jego wie? Kto zbada machinacje wiejskiego Żyda? Tak jest czy owak, dźwiga na sobie ciężar, a dźwigając go pełza po błocie i piasku, szarga się i flańta po drogach prastarych ziemi. Szarga się po ziemi i dźwiga na sobie ciężary w tej samej chwili, gdy w samolocie szybującym z Warszawy do Paryża, środkiem obłoków i nad obłokami, wytworna dama podróżująca, dla skrócenia sobie nudnego czasu między stacjami powietrznymi Warszawa-Praga czeska śpi smacznie, ułożywszy się na dnie lotnej kabiny. O nędzo, nędzo biednego brudnego Żyda, któż cię wysłowi!
Bryczka wyminęła dwóch starych chłopów, którzy szli na bosaka z koszykami ręcznymi w ręku. Nogi ich ciapały po zimnych kałużach i mięsiły błoto zgęstniałe. Gadali. Gadali zawzięcie, głośno, z wrzaskiem. Bryczka pędząca niewielkie na nich zrobiła wrażenie. Zaledwie na krótką chwileczkę przerwali rozmowę. Ach, jakżeby to było ciekawe - nie! -jakież by to było szczęście wyskoczyć z tej lśniącej, iskrzącej się wolantki, zdjąć buty, ciapać nogami po błocie, wdać się w rozmowę z tamtymi dwoma, radzić po głupiemu nad wydźwignięciem się z utrapienia, urągać na wójta, na pisarza, na panów, na układ świata - pomstować i wykrzykiwać!... Iść z tamtymi dwoma drogą pełną znoju i przeszkód, ziębiącą nogi, kolana, stawy aż do pustego brzucha i utrudzającą kości zestarzałe! Cezary wołał w duszy do wiekowych chłopów, którzy zostawali daleko - daleko na korzenistej drodze:
„Ej, wy, ludzie! Słuchajcie! Ja idę tam razem z wami!” W rzeczywistości nie szedł, lecz wygodnie, rozkosznie, szybko jechał, mknął przez pastwiska, przylaski, środkiem pól i w opłotkach prowadzących do wiosek.
W pewnym miejscu Jędrek skręcił raptownie i pojazd poniósł się jak wicher miękką drogą ponad rozległymi łąkami. Niebo było pogodne, lecz już blade, śniadością przejęte, jesienne. Nikły błękit przerzynały barwne chmurki pędzone przez rzeźwy wiatr. Uczucie szczęścia, młodości, zdrowia przenikało wszystkich w jednakim niemal stopniu. Każda z osób coś swojego własnego podśpiewywała. Zdawało się, że i koniom szczęście żyły rozsadza. Lecz oto niespodziewanie stanęły. Cezary obejrzał się i zobaczył, że stoją przed jakąś bramą.

Strony: