Dostępne lektury:

Polecane strony:

  • W przerwach w czytaniu książek polecam Lineage 2, wszystko o doskonałej grze jaką jest na stronie L2 Polska, lineage 2 polska. Zapraszamy w wolnej chwili do zapoznania się z ta grą.
  • Fachowa reklama dla bibliotek i nie tylko www.saskastudio.pl, zapewni właściwą promocję każdej bibliotece.

Lektury on-line Warszawa: Przedwiośnie

Części: 1 2 3

- Co mówisz? Albo zdejm te wszystkie księże kokieterie i wdziej frak, albo noś i na balu kapotę do ziemi, jak inni księża.
- Nie bądź no, Hipek, zbyt radykalny! Nie urodziłeś się i nie wyglądasz na Woltera.
- Już jest - Woltera! Kto ośmieli się kpić z ich kokieteryjnych chwaścików, którymi deprawują serca ziemianek, ten już jest poplecznikiem Woltera.
Spór się przerwał, gdyż zaturkotały głucho koła pojazdu z drugiej strony „Arianki”. Trzej, narzuciwszy paltoty, a szyje otoczywszy szalami, wskoczyli na siedzenia. Jakimiż to słowy wyrazić cię, szczęście zdrowej młodości, gdy się diabelnie tęgimi końmi jedzie na bal ziemiański w Polsce! Chłodna noc i wilgotne jej podmuchy owiewały rozmarzone głowy. Silne podniecenie, tęga erupcja niezwalczonej siły zdawała się ponosić chyżej niż parskające konie ku dalekim - dalekim światłom między ogołoconymi już drzewami. Lekkie, wesołe, a niekoniecznie przystojne piosenki sfruwały z warg młodych paniczów.
- Nastuś, braciszku, ty masz zamiar dzisiaj tańczyć? - pytał Hipolit.
- Tańczyć? To będzie zależało...
- Będzie zależało. A czy wam wolno jest tańczyć? Z kobietami?
- Słuchaj no - zobacz lepiej, czy masz w kieszeni chustkę do nosa.
Ksiądz mówił te słowa tonem mentorskim, jakby głosił jakąś zasadę moralną.
Gdy po przyjeździe do Odolan dwaj towarzysze wyprawy rozpierzchli się porwani przez znajomych ze swej sfery, Baryka wszedł do sali balowej i znalazł się w kole lśniącym i barwnym, stropił się i o mało nie cofnął. Przekonał się, że są sytuacje leżące gdzieś wyżej czy z boku od całej edukacji i zdobytej pewności siebie. Do takich należało zachowanie doskonałe i swobodne w pełnym salonie. Cezary usiłował ginąć w tłumie młodych ludzi. Ale nikogo tutaj nie znał, toteż z nikim nie mógł zawiązać swobodnej rozmowy. Przeciskał się, plątał, „pętał się” między swobodnie rozmawiającymi, potrącał, przepraszał, właził na lakierki...
Było to z dawna umówione w paragrafach organizacyjnych tego pikniku, iż nie będzie się anonsować przybywających ani z zasady prezentować wszystkich wszystkim. Było umówione w punktach niepisanych tegoż statutu, iż głównym i zasadniczym dążeniem jest obdzieranie wszelakiej grubej i wielkiej własności z walorów na rzecz wyżej powołanych „kadłubków”, a obdzierać wszelkimi znanymi tudzież nieznanymi sposobami karoty. Nikt tedy na nikogo nie zwracał uwagi. Bawiono się towarzystwami, okolicami, można by powiedzieć, gminami, parafiami osiedlenia. Rżnięta orkiestra już odstawiała swoją sztukę i kilka par już tańczyło w pustej przestrzeni ogromnej sali balowej.
Cezary trafił w swym pochodzie na puste krzesło i dla zamaskowania swej towarzyskiej prostracji i niewiedzy, jak się zachować, swobodnie usiadł. Ciągle myślał o tym, czy dobrze trzyma ręce, czy należycie ustawił swe bolszewickie nogi. Oglądał innych przedstawicieli typu „młodzież” - i stosownie do otrzymanego wrażenia kształtował swe kończyny. W pewnej chwili płomień żywego ognia przeleciał przez jego ciało - od czuba głowy do wielkich palców w lakierkach - pani Kościeniecka weszła na salę. Była w wytwornej balowej sukni, której różowy atłas, z lekka przeświecający spod koronek, nadawał jej urok nowy a nie widziany. W tej sukni była szczuplejsza i jakby wyższa. Bardzo odsłonięte ramiona i plecy ukazywały zachwycające linie jej młodocianego szkieletu i nadobnego ciała. Cezary nie chciał wierzyć swym oczom i doznawał wybuchów rzetelnego szczęścia na widok nieomylny, że to jest właśnie ona. To duma, pysznienie się w tajemnicy przed sobą samym jej niezrównaną urodą, to jakiś ściskający, wysysający żal przejmował go z nagła. Obok niej szedł wyfraczony, wyelegantowany, lśniący lakierami, gorsem, ogolonymi policzkami i to jedną, to drugą z wypomadowanych półkul czarnych włosów - narzeczony, Barwicki.

Pani Laura rozmawiała, witała się, uśmiechała. - Usiadła. - Powiodła wesołymi, roziskrzonymi oczyma po rozległym salonie, który się stale zapełniał. Oddawała ukłony, ukłony, ukłony. Uśmiechy i uśmiechy. Odpowiedziała również ukłonem wesołym na ukłon
Strony: