Dostępne lektury:

Polecane strony:

  • W przerwach w czytaniu książek polecam Lineage 2, wszystko o doskonałej grze jaką jest na stronie L2 Polska, lineage 2 polska. Zapraszamy w wolnej chwili do zapoznania się z ta grą.
  • Fachowa reklama dla bibliotek i nie tylko www.saskastudio.pl, zapewni właściwą promocję każdej bibliotece.

Lektury on-line Warszawa: Przedwiośnie

Części: 1 2 3

- Widziałem, jak dookoła pani fruwały wstążki, paski, falbanki, a pani z głośnym krzykiem wywijała nogami.
Panna Wanda zakręciła się na miejscu. Głęboki jęk, potem ostry pisk zabrzmiał w jej ustach. Wstała. Usiadła. Znowu wstała. Dygnęła. Bokiem wyszła z pokoju i uciekła z ganku przez ogród, jakby ją ścigał tysiąc rozjuszonych perliczek, pawi, kogutów i indorów.
Nieustanne przemyśliwanie nad sposobami widywania się z ubóstwianą miało swój skutek: Cezary osiągał widzenie Laury. Opacznie może wyglądać to twierdzenie, a jednak wszystko zdaje się je uzasadniać, iż utęsknienie, nerwowe wyczekiwanie, niemieszczenie się w skórze, pragnienie jej widoku, przyzywanie jej wszystkimi siłami duszy i każdą kroplą krwi, marzenie o niej tak natarczywe, iż objawiało niemal w polu widzenia jej postać - realizowało wreszcie jej osobę fizyczną. Wychodziła nagle z marzeń prawdziwa, jakby się stawiała na rozkaz wewnętrznego szaleństwa. Cezary niejednokrotnie czuł, że się oto za chwilę powinna, musi ukazać i - kiedy odwracał głowę - ukazywała się niosąc mu w ofierze uśmiech miłosny, odpowiedź jej duszy na sny jego duszy. Tak było pewnego razu w nawłockim kościele, podczas patetycznego kazania księdza Anastazego. Tak było kiedy indziej w nawłockim salonie, gdy weszła niespodzianie w czasie najgorętszej chwili utęsknienia.
Jakże kochał jej uśmiech, jej ruchy, jej wymowę, jej spojrzenia! Jakże uwielbiał jej dowcip, dobrotliwy i przyjacielski - dowcip łagodny, jakoś „z głupia frant” i „z cicha pęk” - dowcip przytulny a subtelny, w którym nie było nic gminnego, jaskrawego, dwuznacznego, ani na pokaz! Jakże uwielbiał cichą poufność rozmowy z nią o rzeczach niepowszednich i nieżyciowych, kiedy gwarzyła z serca do serca o duszy swej i o duszy przyjaciela! Były to jakby wędrówki w słońcu po krainie dalekiej - baśni o sobie dla siebie samych. Nic w niej nie było z rozpusty, a wszystko było z miłości. Nawet te sprawy miłości, które są wyuzdaną rozpustą, w niej były tylko miłością. Szaleństwo jej, zapomnienie się, zapamiętanie i wszystek obłęd miłosny był zupełny, lecz była to także całopalna ofiara dla bóstwa, które nosiło nazwę „Czaruś”. Ponieważ była o dwa lata starsza od bóstwa, a nadto ponieważ była już wdową, poczytywała się niejako za opiekunkę tego młokosa. Dawała mu przezorne rady i wskazówki dobrotliwe. Uczyła go niejednej mądrości życia, której jeszcze w swym bezładnym i roztrzęsionym życiu nie posiadł.
Oprócz Karoliny, która jedne objawy widziała, inne słyszała, te przeczuła, tamte wykombinowała, a jeszcze inne po prostu wywąchała, nikt w Nawłoci niczego się nie domyślał. Przyjechała droga paniusia Kościeniecka, najmilsza sąsiadka, porozmawiać o pikniku - nawiozła ploteczek, historyjek, opowieści co niemiara, iż nie można było dość się ich nasłuchać. Śmiano się przez cały wieczór i nie chciano jej wypuścić. Cóż by w tym było dziwnego albo zdrożnego, że przyjechała? Cóż by w tym było dziwnego, że z panami, tancerzami swymi, Hipolitem i Cezarym, długo różne rzeczy przypominała - że im samym opowiadała, co to tam broili, gdy już mieli dobrze w czubach? Tylko Karolina widziała pewne skinienie, a zaraz potem pochwycenie przez Cezarego maleńkiej karteczki.
I oto nazajutrz Cezary prosi o konie do Częstochowy. Ma stamtąd wysłać pilny telegram do swego przyjaciela i poniekąd opiekuna, pana Gajowca, z doniesieniem, iż teraz jeszcze nie przyjedzie, choć go ów pan Gajowiec listem rekomendowanym na pewien termin wzywa. Karolina szpiegowskimi sposoby zbadała, iż tego dnia pani Kościeniecka również wyjeżdżała z Leńca. Dochodzenie, dokąd jeździła, po długich śledzeniach okazało, że właśnie do Częstochowy. Prawdopodobne stało się w umyśle Karoliny niewątpliwym.

Nikt nie słyszał w ciemną, wietrzną, burzliwą noc, tylko Karolina słyszała - och, słyszała! - tętent, a nawet rżenie konia w parku. Skądże by rżenie konia w parku? Kto mógł po nocy jeździć w alejach na koniu? Karolina chodziła rankiem po tych alejach i odnalazła ślady kopyt. Ślady wypłukane przez deszcz, zachlustane przez jesienną ulewę, przez głuchy wicher zamiecione. Ktoś tu przyjeżdżał w nocy. Przeklęty tu był gość. Nie bał się ciemności i wichury, deszczu i grubej mgły. Nie lękał się, że go pochwycą i zdemaskują, że go powitają
Strony: